Męczennica wiklinowa i… rekordowa

Napisać o VI Męczennica Rowerowej (14.10.2018 r.), że była „udana”, a może nawet „bardzo udana” – to jakby nic prawdziwego o niej nie napisać. W każdym razie nic, co oddawałoby ją we właściwej barwie i skali. Tak zawsze dzieje się wtedy, gdy musimy opisać wydarzenie niezwykłe – w swoim wymiarze, rozmiarze i przebiegu, oraz w swoistej temperaturze zdarzeń. Napiszmy zatem jak to było z tą VI MĘCZENNICĄ ROWEROWĄ naprawdę.

Po pierwsze: była to Męczennica rekordowa pod względem frekwencji!
Zacznijmy od tego, że już na kwadrans przed wyznaczoną godziną startu do Męczennicy, Park Skórzewski zaroił się od kolorowych ludzików. Myślę, że nie skłamię jeśli napiszę, że nigdy przedtem nasz wiejski park nie odwiedziło tylu miłośników rowerowych eskapad. Owszem, zdarzały się tutaj liczne i liczniejsze biesiady, parafialne potańcówki, dożynki i temuż podobne, ale tylu rowerzystów na raz nie widziano tutaj nigdy. A jeszcze zewsząd ściągali następni! Przy wyjeździe z Lasów Palędzko-Zakrzewskich liczba rowerzystów przekroczyła 30, aby za chwilę w Dopiewie zaokrąglić się do 35. Ostatnia - 36. uczestniczka, dołączyła do peletonu pomiędzy Michorzewem a Kuślinem.

Po drugie: była męczennica rekordowa pod względem pokonanego dystansu!
Powiedzmy sobie szczerze – wcale tak być nie musiało! Była przecież możliwość powrotu pociągiem. Ze stacji w Nowym Tomyślu pociągów do Poznania było z pół tuzina. Tory na tej trasie w dodatku są proste i szybkie. I wtedy męczennica dla każdego byłaby mniej więcej o połowę krótsza. Ale kiedy P.T. Przewodnik Męczennicy zapytał na nowotomyskim bruku uczestników, kto wraca pociągiem, zgłosiło się zaledwie dwoje turystów, przymuszonych do kolejowego powrotu nadzwyczajnymi okolicznościami osobistymi. Cała reszta rowerowej wiary - od młodzieży szkolnej, poprzez pięknych trzydziesto i czterdziestoletnich, aż po siwe głowy - zdecydowała wracać na kołach! W dodatku z oczywistą świadomością, że wcale nie będzie „z górki”, a wręcz przeciwnie; bo z każdym kilometrem może być tylko gorzej, zważywszy, że uporczywy wiatr powieje teraz w oczy. A nadto dodajmy, że niektórzy uczestnicy nigdy w życiu nie pokonali jeszcze kolarskiej SETKI! Miarą podejmowanego wyzwania może być również i to, że dla większości powrót na kołach oznaczał (ze względu na konieczność dotarcia do domów przed zmrokiem) rezygnację z obiecanego obiadu, „wciągnięcie” banana lub pożywienie się byle czym - na trwającym akurat przed nowotomyskim ratuszem festynie – i w drogę! Po dojeździe do Skórzewa – a było to już po zmroku - oficjalny, męczennicowy licznik wykazał 112,5 km pokonanego dystansu. Dla pełni obrazu dodajmy, że część uczestników musiała jeszcze dojechać do domów – dlatego niektórzy z nich przekroczyli nawet dystans 120 km. Brawo! Brawo, Brawo!

Po trzecie: była to Męczennica rekordowa pod względem tempa jazdy!
Słuchajcie! – niżej podpisany dwa razy sprawdzał dane z rowerowego licznika (za drugim razem po przetarciu zdumionych oczu!), ale wynik ani drgnął: AVG – 18,7 km/h!!! I jeszcze dla sprawdzenia: jeżeli rower przejechał 112,5 km w czasie 6 godz. i 48 s., to ile wyniosło średnie tempo jazdy? To też daje 18,7 km/h, i nie chce być mniej! I to wszystko, przypomnijmy, na dystansie aż 112,5 km, przy 30. (z okładem!) osobowym peletonie, przy niesprzyjającym wietrze i po nie zawsze równej nawierzchni. A w dodatku w połowie października! Wisienką na rowerowym torcie może być i ta informacja, że na jednym z odcinków męczennicy, pomiędzy Skrzynkami a Otuszem, prowadzący rajd osiągnął prędkość 45 km/h. Czapki z głów! Albo: Korniszą Ąszła!

Po czwarte: była to Męczennica rekordowa pod względem doznań i atrakcji turystycznych!
A zaczęło się już w Niegolewie, gdzie uczestnicy mogli odpocząć chwilę przed siedzibą znanego, wielkopolskiego rodu Niegolewskich. Kilka kilometrów dalej odwiedziliśmy starannie utrzymany grób innej zasłużonej dla Ojczyzny Wielkopolanki – Emilii Sczanieckiej. Wielu estetycznych wrażeń dostarczył również krótki spacer po parku i kompleksie pałacowym w Wąsowie, a walory smakowe Męczennicy wzbogacił dłuższy pobyt (przy kawie i cieście czekoladowym lub serniku) w położonym tuż obok Folwarku Wąsowo. Po meandrach nowotomyskich ulic sprawnie prowadziła nas urocza „ziomalka” - Alina, dlatego mieliśmy dużo czasu na zwiedzenie niezwykłej atrakcji Nowego Tomyśla: Muzeum Wikliniarstwa i Chmielarstwa. Czy wiecie, że wiklina to nie jest taka sobie, pospolita, zielona witka, lecz niezwykły surowiec do produkcji - nie tylko koszy i koszyków, ale też prawdziwych dzieł sztuki? A w dodatku że uprawianych gatunków i odmian wikliny jest nie kilka lecz… kilkadziesiąt? I oto z tych giętkich patyków można wyplatać cuda i cudeńka takie, że głowa boli – co uzmysłowiła nam przechadzka po zgromadzonej kolekcji. Jeden z artystów – plecionkarzy wykonał prawdziwy majstersztyk: biurko z wikliny i starych gazet! W dodatku zdatne do codziennego użytku! A obok biurka stoi jeszcze sekretarzyk, wypleciony z tego samego surowca. Zwiedzającym do pełni szczęścia zabrakło jedynie sprawnego roweru z wikliny, ale być może i to wkrótce się zmieni, bo już w sierpniu przyszłego roku Nowy Tomyśl będzie gospodarzem światowego FESTIWALU WIKLINY, w ramach którego zorganizowany zostanie konkurs plecionkarstwa. Udział w tym konkursie potwierdziły już drużyny z 80. państw z całego świata. Wobec powyższego, jeśli ktokolwiek z Was ma jeszcze jakiekolwiek wątpliwości - co do wyjątkowości VI MĘCZENNICY ROWEROWEJ,  niechaj niezwłocznie przejrzy zdjęcia, pomieszczone na Fejsie przez jego uczestników, a zwłaszcza filmy i filmiki niezwykle pracowitego Darka.

Galeria zdjęć: https://photos.google.com/share/AF1QipN1IIVU07aw-vt07OvUWeJo08TPGavZ2ncuFiRt917YBb96T2ASBidhsxU3TFWeJA?key=QmZqR1I2ZkhzV3R3dktCYjVubl9xS3dvc3BvcnhR

IR

PS. Następna Męczennica Rowerowa 18 listopada br.

Męczennica rowerowa 14.10.2018 (fot. D. Sienniak)
Kategoria: