IV Męczennica Rowerowa (Wielka) zaliczona

Bardzo cieszy udział w Męczennicach młodej generacji cyklistów, albowiem: „Czym potówka za młodu nasiąknie – tym zapleśnieje!”

W powyższym składzie szybko i bez problemów pokonaliśmy pierwsze (i ostatnie) wzniesienie na trasie naszej męczennicy – brukowaną górkę przed Skrzynkami. Rekompensatą za niezłe wytrzęsienie się ciał naszych, był gładki asfalt na dalszej trasie a zwłaszcza między Jeziorkami i Piekarami. Tutaj też dostrzegliśmy śródpolny obelisk z napisem BÓG-HONOR-OJCZYZNA i trzema datami – 1918, 1928, 2006. Ponieważ nikt z uczestników nie znał historii postawienia obelisku w tym miejscu, ani też znaczenia inskrypcji, Przewodnik Męczennicy ogłosił ad hoc konkurs z nagrodą (czekolada gorzka!) dla osoby, która po powrocie pierwsza rozwiąże zagadkę powstania tego intrygującego obiektu.

Pierwszy dłuższy postój zgodnie z planem urządziliśmy w Dakowych Mokrych, przy okazałym dworku, gdzie onegdaj rozegrała się rodzinna tragedia, ze śmiercią dwóch kochanków w tle. Dzisiaj znajduje się tutaj mały hotel, gustowna restauracja oraz – w dawnych zabudowaniach folwarcznych – pchli targ. To tutaj uczestnicy męczennicy spędzili najwięcej czasu, myszkując po wystawie czegoś „co się jeszcze może przydać”.  Kawałek dalej – w Woźnikach – kolejna wielka atrakcja: urokliwy franciszkański klasztor. Bogatą i dramatyczną historię tego zabytku opowiedział nam, oprowadzając po wszelkich klasztornych zakamarkach (łącznie z podziemną kryptą!) młody zakonnik, pochodzący – uwaga! uwaga! cóż za zbieg okoliczności! – z Wolsztyna, celu naszej niedzielnej wędrówki.

Po niewielkich perypetiach z odnalezieniem lokalu, w którym w Grodzisku Wlkp. podają w niedzielę kawę (na słynnym grodziskim deptaku kawy można się napić dopiero po 14:00!), usiedliśmy w jakimś restauracyjnym ogródku na należny nam, po 40 km z „hakiem”, popas.

Dalej, aż do Wolsztyna było już tylko „z górki”. Gdyby nie wiejący w twarze ciepły, lecz uporczywy wiatr, nie odczulibyśmy wcale trudów tego odcinka IV Męczennicy. Ale też nie docenilibyśmy należycie smaku znakomitego placka z owocami, upieczonego przez Dorotę i zaserwowanego na postoju przed Rakoniewicami. Mówię wam: PYSZOTA!

Jeszcze tylko kilka fotek przed znaną „strażacką” fontanną na rakoniewickim rynku, jeszcze mała przerwa „techniczna” w lesie, i już spacerowym tempem jeździmy po alejkach wolsztyńskiego parku. Z koncertowej muszli dobiegają nas takty muzyki – to jedna z prób do wieczornego koncertu piosenek country. Spokój i sielankę niedzielnego popołudnia zakłóca jedynie informacja Macieja, że z tylnego koła jego bicykla uchodzi powietrze. Maciej postanawia jednakże jedynie dopompować koło i – nie wiadomo czy słusznie – poczekać na dalszy rozwój wypadków.

Gdzieś w okolicy wolsztyńskiego molo, zorientowaliśmy się, że jest już po 15:00 i czeka na nas zarezerwowany stolik w restauracji „Shogun”. Jak ten czas leci - pora  na obiad! Zamiast do parowozowni pojechaliśmy więc na filet z kurczaka z ziemniakami i coś tam jeszcze, jak ktoś chciał. W trakcie biesiady pod parasolami, Darek i Michał ostatecznie postanowili wrócić do Skórzewa „na kołach”, zatem tuż po obiedzie pożegnaliśmy dzielnych chłopaków, życząc im wiatru w plecy, a sami ruszyliśmy na zwiedzanie słynnej wolsztyńskiej parowozowni. Już z daleka widać było pióropusz dymu z buchającej gorącem lokomotywy. Szczerze mówiąc, na zwiedzanie parowozowni nie zostało zbyt wiele czasu, ponieważ wszyscy pozostali uczestnicy IV Męczennicy postanowili wracać pociągiem do Szreniawy i stamtąd do domów. Przewodnik męczennicy dotarł na dworzec ostatni, w międzyczasie szukając po Wolsztynie wcześniej pozostawionej u znajomych komórki.

Kolejna Męczennica, którą śmiało możemy nazywać Wielką, okazała się nad wyraz udanym przedsięwzięciem - i to pod wieloma względami. Zrealizowano niezwykle ciekawe intencje zbiorowe i osobiste. Pobito rekordy życiowe pokonanego dystansu (Kasia), przekroczono granicę 100 km (Irek – 101,02 km; ha! specjalnie dokręcił kilka kilometrów do setki, wracając do domu okrężną drogą), wreszcie najdzielniejsi, orły nasze przednie - Darek i Maciej, pokonali dystans 155,94 km, lądując w Skórzewie o 20:45.

I jeszcze jedno. Przewodnik IV Męczennicy zapodał hasło startowe do męczennic:
Zapowiedź: - ĄSZŁA KORNISZĄ?
Odpowiedź - KORNISZĄ ĄSZŁA!

Cokolwiek miałoby to hasło znaczyć – brzmi bardzo dobrze i już się przyjęło w męczennicowym peletonie.

IR
PS. Pomysły na następującą męczennicę, w dniu 9. września są następujące:
- w intencji obiadowej - do karczmy w Biedrusku,
- w intencji biesiadnej - do „Karczmy pod Kogutem” w Czempiniu.
- inne nieznane.

Proszę o opinię w tej sprawie wyboru intencji potencjalnych uczestników kolejnej, V Męczennicy.

Konkurs i czekoladę wygrał kolega Maciej. Brawo! Oto rozwiązanie zagadki: Na północny wschód od wsi Piekary, przy drodze do Jeziorek, 24 XI 2006 r. odsłonięto głaz dużych rozmiarów (pochodzący ze żwirowni w Rybojedzku), znajdujący się na brukowanym cokole. Na jego przedniej stronie umieszczono kamienną tablicę z napisem Bóg Honor Ojczyzna oraz datami 1918, 1928 i 2006. W tym miejscu 11 XI 1928 r. postawiono Pomnik Niepodległości, który zniszczyli hitlerowcy.

 

IV Męczennica Rowerowa (Wielka) zaliczona
Kategoria: