Dlaczego ordynacja wyborcza ma znaczenie?

W ostatnich tygodniach drogę do świata wielkiej polityki toruje sobie dwóch Robertów: Biedroń i Gwiazdowski. Ten drugi – profesor, prawnik, ekspert gospodarczy i publicysta – stara się przekonać do siebie elektorat kilkoma postulatami, wśród których najistotniejszymi są liberalizacja polskiej gospodarki oraz jednomandatowe okręgi wyborcze. Ta druga idea, choć postulowana na szczeblu polityki centralnej, mocno dotyczy kwestii znaczenia regionów (a więc i naszej gminy!) w życiu politycznym kraju.

Przypomnijmy: jednomandatowe okręgi wyborcze to ordynacja, w myśl której państwo podzielone jest na regionalne okręgi, w których lokalni mieszkańcy wybierają swego delegata do parlamentu. Zwycięża i zasiada w ławie poselskiej ten, który w swoim regionie zdobędzie największą ilość głosów. Ordynacja taka funkcjonuje obecnie w Senacie, który zdominowany jest przez reprezentantów PO-PiS. Nietrudno przewidzieć, że za sprawą takiej ordynacji wyborczej również Sejm stałby się areną zdominowaną przez dwie największe partie, które wyparłyby mniejsze formacje. Wizja może wydawać się szaleńcza, ale… w tym szaleństwie tkwi metoda!

Obecnie do Sejmu trafiają politycy z nadania partyjnego, czyli ci, którzy zajęli wysokie miejsca na listach wyborczych swoich formacji. O tym, kto jakie miejsce na liście otrzyma, decydują w praktyce partyjni bossowie. W praktyce zatem największy wpływ na strukturę Sejmu ma nie społeczeństwo, lecz liderzy politycznych formacji. Skostnienie sceny politycznej potęguje fakt istnienia pięcioprocentowego progu wyborczego, który na starcie podcina skrzydła bardzo wielu mniej popularnym, raczkującym ugrupowaniom. W systemie jednomandatowych okręgów wyborczych wyglądałoby to zgoła inaczej: do Sejmu trafialiby nie ulubieńcy partyjnych przewodniczących, lecz delegaci regionu. Ludzie znani w swojej okolicy i ponoszący znacznie większą odpowiedzialność przed swoimi krajanami, którzy patrzyliby im na ręce i łatwiej umieliby ich rozliczyć przy okazji kolejnych wyborów. Odpowiedzialność tak wybranego politycznego przedstawiciela nie rozpływałaby się w szarej, anonimowej masie partyjnego kolektywu. Bez względu na to, czy przedstawiciel hipotetycznego okręgu Dopiewo należałby do PO, PiS, SLD czy Wiosny Biedronia – byłby to nasz, a nie lidera partyjnego, człowiek. Pamiętać też musimy, że taki przedstawiciel wcale nie musiałby reprezentować którejkolwiek partii – mógłby trafić do Sejmu jako poseł niezrzeszony, jeśli tylko jego mieszkańcy obdarują go największą ilością głosów.

Prawdopodobnie przy takiej ordynacji wyborczej Sejm byłby – podobnie jak Senat – izbą niemal dwupartyjną. Jednak byłaby to dwupartyjność zupełnie inaczej (bo ODDOLNIE!) uformowana. Nie sterowana przez partyjnych bossów i, co bardzo ważne, od nich niezależna. Nawet gdyby szef partyjny postanowił wyrzucić niepokornego (czytaj: samodzielnie myślącego) posła ze swojej partii, to ten spokojnie zasiadłby w ławie poselskiej w kolejnej kadencji, jeśli tylko elektorat z jego regionu byłby z jego pracy zadowolony. Czy takie rozwiązanie jest idealne? Nie, bo ideały nie istnieją. Ale może warto zastanowić się, czy nie byłoby bardziej rozsądne. W końcu to tutaj, na szczeblu gminy, zaczyna się Polska!

Paweł Jankowski

Skórzewo 2014 rok
Kategoria: